Bartka poznałem przez naszych wspólnych znajomych, Baśkę i Janka. Z kolei oni poznali go przypadkiem: szukali współlokatora i Bartek się zgłosił. Dobrze im się razem mieszkało i imprezowało, więc jak skończył się kontrakt na mieszkanie, postanowili wspólnie znaleźć kolejne. No i jeszcze ze mną, bo ja właśnie dostałem pracę w Dublinie i też szukałem pokoju.

Trafiło nam się lokum w Ranelagh, południowej dzielnicy Dublina, która, choć blisko centrum, nie należała wtedy do najdroższych. Wprawdzie już otwierały się w okolicy różne ekskluzywne restauracje, ale stare budownictwo i ogólny wygląd dzielnicy sprawiały, że ceny nie wystrzeliły jeszcze w górę, jak w południowej części Dublina. No i lokalizacja była świetna: wszyscy mieliśmy stąd w miarę blisko do pracy. A jak chcieliśmy wyjść gdzieś w weekend pobalować, to mogliśmy zrzucić się we czwórkę na taksówkę.

Dobrze nam się razem żyło. Czasem gotowaliśmy wspólne obiady albo Baśka upiekła ciasto, choć to drugie zdarzało się rzadko, bo ta dziewczyna wiecznie narzekała. A to pogoda nie taka, a to Janek o czymś zapomniał, a to ktoś zostawił brudny kubek w zlewie.

– Ja nie wiem, jak ten Janek z nią wytrzymuje – mruknął raz Bartek, myjąc talerze. – Laska się zachowuje, jakby miała permanentny okres.

– Może ma inne, niewidzialne zalety – zauważyłem, mieszając chińszczyznę, którą gotowałem na obiad.

Bartek się zaśmiał, ale już nic nie powiedział, bo Baśka akurat weszła do kuchni.

– No co się gapicie? – spytała niemalże wrogo, choć wcale się nie gapiliśmy.

– Nic. Ładnie dziś wyglądasz – skłamał gładko Bartek i rzucił jeden ze swoich oszałamiających uśmiechów.

Baśka się zarumieniła, bo choć wcale nie była Bartkiem zainteresowana, to jednak lubiła komplementy.

– Macie czas w piątek? – zapytałem szybko, nie czekając, aż koleżance humor znowu się zmieni. – Moglibyśmy wyskoczyć na piwo....

– Nie mogę, pracuję w sobotę – usłyszałem od Basi. 

A to znaczyło, że Janek też nie pójdzie, nawet jeśli on akurat będzie miał wolne, bo jego ukochana by się obraziła. Taka była. Na piwo poszedłem więc tylko z Bartkiem.

Obydwaj jechaliśmy na tym samym wózku

Mieszkaliśmy tak razem przez trzy lata, aż pewnego dnia, na jakieś dwa miesiące przed końcem kontraktu na wynajem mieszkania, Baśka i Janek zwołali naradę. Myślałem, że chodzi o przedyskutowanie podpisania umowy na kolejny rok. Myliłem się.

– Zdecydowaliśmy, że wracamy do Polski – oznajmił Janek. – Firma znajomego potrzebuje informatyka, mieszkanie po babci czeka. No i pora brać się za robienie dzieci, nie? – dodał na koniec.

– Czyli nie przedłużamy kontraktu? – zapytałem.

– Wy, oczywiście, możecie, jeśli chcecie tu zostać i macie kogoś, kto weźmie nasz pokój.

Bartek pokręcił głową, ja też. Nikt z moich znajomych nie szukał pokoju, a mieszkanie z kimś obcym zupełnie mi się nie uśmiechało.

– W takim razie dam znać agencji, że się wyprowadzamy – powiedział Janek i narada się skończyła.

Bartek spojrzał na mnie.

– Masz coś w planach czy chcesz szukać jakiegoś mniejszego mieszkania wspólnie? – zapytał.

– Możemy poszukać wspólnie.

Miesiąc zajęło nam znalezienie nowego lokum

Było nie tak przestronne i trochę gorzej usytuowane, ale przynajmniej udało nam się załatwić wszystko na czas. Potem pakowanie gratów, sprzątanie, i mogliśmy usiąść na kanapie w nowym mieszkaniu, przy piwie. Kilka miesięcy po przeprowadzce zauważyłem, że godziny pracy Bartka zrobiły się bardzo nieregularne. Zawsze pracował na zmiany, czasem do późna w nocy, ale teraz bywał w domu znacznie częściej i dłużej. Przynajmniej tak mi się wydawało.

– Okazało się, że mam dużo niewykorzystanego urlopu – wyjaśnił mi, gdy go o to spytałem. – Nazbierało mi się ekstra dni z nadgodzin, więc pomyślałem, że zamiast brać to wszystko hurtem, to sobie na jakiś czas skrócę dniówki. Wiesz, pośpię dłużej albo wcześniej wyjdę do domu.

– Dobrze masz – mruknąłem z zazdrością, chociaż przecież mój urlop też się zbliżał.

Planowałem polecieć do Polski, zobaczyć rodzinę i pobalować z przyjaciółmi. To miały być ekstra dwa tygodnie – z dala od pracy, problemów i marnej pogody, bo w Irlandii zawsze było pochmurno i mokro. No dobra, słoneczne dni też się zdarzały i raz na dwa, trzy lata mieliśmy „falę upałów”, jak nazywano temperatury powyżej dwudziestu czterech stopni. A jednak tęskniłem do polskich pór roku.

– Dobrze, jak dobrze. Zostało mi jeszcze kilka tygodni takiej laby, a potem z powrotem do kieratu – Bartek podniósł się z kanapy. 

– Chcesz piwo?

– Nie, dzięki. Rano praca.

Tydzień później Bartek zapukał do drzwi mojego pokoju.

– Słuchaj, mam sprawę. Głupio mi prosić, ale... czy nie wyłożyłbyś mojej połowy za czynsz w tym miesiącu? – zapytał. – Chciałem zabukować bilety na urlop, bo teraz jest promocja. Oddam ci za tydzień, po wypłacie.

– Spoko, stary. Lecisz do Polski?

– Myślałem o Hiszpanii, bo tam zawsze jest ciepło. Tylko jeszcze jakiś tani hotel będzie trzeba wykombinować – wyszczerzył się w uśmiechu.

– Kto wie, może następnym razem polecę z tobą.

Krótko po tej rozmowie Bartek znów zaczął znikać na całe dnie.

Przed wylotem już Bartka nie zobaczyłem

– Naaadgodziny…. – westchnął dramatycznie, gdy minąłem go rano w kuchni. – Ale szef oczywiście nie zatrudni dodatkowej osoby, chociaż przecież płacenie nam ekstra kosztuje go więcej.

– Trudno, odbierzesz sobie w dniach wolnych.

Jak już się wygrzebiemy z tego bagna. Słuchaj, nie myśl, że zapomniałem, że ci za czynsz wiszę. Wypłata za kilka dni, to ci zaraz przeleję.

– Nie ma sprawy – cieszyłem się, że nie muszę mu przypominać. – W piątek lecę do Polski, nie będzie mnie dwa tygodnie.

– Oooo, urlopik! Nie myślałem, że to już.

– Ano, zleciało.

Wakacje w Polsce minęły szybko i oczywiście wydałem trochę za dużo kasy, bo jak człowiek zarabia w euro, to w domu w złotówkach wszystko wydaje się tańsze. Sprawdziłem na telefonie stan konta, ale pieniądze od Bartka jeszcze nie przyszły. Wysłałem mu żartobliwego SMS-a z pytaniem, czy zapomniał, ale nie dostałem odpowiedzi. „Pewnie znów nie naładował telefonu…” – pomyślałem.

Do Dublina przyleciałem późnym wieczorem. Do domu dotarłem przed północą i natychmiast powlokłem się do pokoju, z planem natychmiastowego zaśnięcia, bo rano musiałem iść do roboty. Kiedy zapaliłem światło, zamarłem. Nie byłem fanatykiem porządku, ale takiego bałaganu na pewno nie zostawiłem!

Mnóstwo rzeczy walało się po podłodze, jakby ktoś wybebeszył mi szafę i biurko. Szybko zauważyłem, że brakowało pewnych rzeczy: mojego telewizora, komputera, wieży stereo. Kolekcja filmów na Blu-ray też zniknęła… Przerażony, wybiegłem z pokoju i zapukałem do drzwi Bartka, choć przecież gdyby był w domu, toby coś zauważył. Drzwi do jego pokoju były otwarte, a kiedy zapaliłem światło… Co jest? Puste łóżko, puste szafy, żadnego śladu obecności mojego współlokatora! Obszedłem resztę mieszkania i nie znalazłem niczego poza swoimi rzeczami, oczywiście oprócz tych, które wyparowały wraz z Bartkiem. Drżącymi rękoma wybrałem na telefonie numer policji.

Czy te rzeczy, ta kasa były tego warte?

Policja, czy też Garda, jak ich się nazywa w Irlandii, nie stwierdziła włamania, a przepytani sąsiedzi przyznali, że widzieli młodego mężczyznę wynoszącego z domu pakunki. No ale ponieważ się z tym nie krył i z uśmiechem mówił, że się wyprowadza, to nikt nie reagował. W końcu w Dublinie wszyscy się co rusz przeprowadzali. Bartek zniknął. W pracy nikt nie wiedział, co się z nim stało, co więcej, nie pracował tam już od czterech miesięcy. Garda podejrzewała, że już go w Irlandii nie ma: sprzedał skradzione rzeczy i przez Północną Irlandię, nielegalnie, bo nie było oficjalnej granicy, przedostał się do Wielkiej Brytanii.

Choć strata mojej własności bolała, bardziej zabolał mnie fakt, że okradł mnie człowiek, któremu ufałem. Mieszkaliśmy razem trzy lata i czasem myślę, że już wtedy musiał coś planować, ale przy czterech osobach zawsze ktoś kręcił się po chacie. Bo co? Tak nagle się zmienił z dobrego kumpla w złego?

Policjanci obiecali, że wyślą list gończy, i choć nie wierzę, że go znajdą, mam nadzieję, że kiedyś jeszcze go spotkam. Bardzo chciałbym go zapytać: dlaczego to zrobił? Czy te rzeczy, ta kasa były tego warte? Czy godny zaufania współlokator nie jest cenniejszy niż złoto? Jeśli Bartek miał gdzieś moralność, to czy nie powinien przynajmniej trzymać się zasady, że na własnym terenie się nie kradnie? W końcu złodzieje też muszą gdzieś mieszkać, komuś ufać...