Urodziłam się i mieszkałam w Ch.. Bieda, brak pracy i beznadzieja są tam wszechobecne… Czytałam kiedyś bajkę o „ludkach biedorobach”. Gdy się zagnieździły w czyjejś chacie, rujnowały życie mieszkańcom, ściągając na nich wszystkie możliwe klęski. Uparte były, dranie. I bardzo trudne do wypędzenia

Więc ja wolałam opuścić swoją „chatę” i zacząć wszystko od nowa, zamiast się z nimi męczyć. Musiałam to zrobić, dla siebie i dla synka. 
Jego ojciec nigdy nie dorósł do roli rodzica. Zniknął z naszego życia, nim Wojtuś skończył rok. Wkrótce potem umarł mój tata. Zostałyśmy z mamą same. Więc to na mnie spadł obowiązek zadbania o przyszłość mojego dziecka. Nie chciałam, żeby dorastał według odgórnie narzuconego schematu, w którym życie toczy się wokół używek i kolesi z bramy, a jedyne sensowne pieniądze można zarobić, pracując na parkingu pod zamkiem. Ale trzeba się postarać, bo konkurencja spora. 

Tyle dobrego, że udało mi się pogodzić pracę z pasją. Najpierw skończyłam polonistykę, myślałam o pracy w szkole. Niestety, realia były takie, że musiałam się przekwalifikować.

Mama długo nie dawała się przekonać

Urząd pracy posłał mnie na kurs fryzjerstwa, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Byłam stworzona do tego zawodu. Szkoda, że w Polsce nie mogłam się w nim wykazać należycie. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że początki na obczyźnie nie będą ani łatwe, ani przyjemne, ale zamierzałam ciężko pracować. Mamę zaczęłam urabiać na długo przed wyjazdem, gdy jeszcze wszystko było na etapie mglistych planów.

– Mamuś, zostawiłabym z tobą Wojtusia, co? Muszę się najpierw urządzić, odnaleźć… A w końcu gdzie mu będzie lepiej niż u babci? Kocha cię chyba bardziej niż mnie – podlizywałam się. – Z kim go zostawię jak nie z tobą? Kto lepiej się nim zajmie jak nie ty? A zabierać Wojtusia z pierwszej klasy, gdy ledwo poznał nowych kolegów? Bez sensu. Nie chcę go wyrywać z nowego środowiska, które dopiero poznaje…

– To nie zabieraj, tylko zostań. Nie podoba mi się to wszystko, masz przecież robotę tutaj, i to nie najgorszą – padała niezmienna odpowiedź.

– To źle, że chcę dla niego lepszego życia? Że chcę, by coś osiągnął? A moja robota jest do bani. Wkrótce nie będzie kogo strzyc ani czesać, bo wszystkie klientki wymrą!

Rzeczywiście, klientela zakładów fryzjerskich w naszym mieście składała się głównie z kobiet w wieku emerytalnym i późno średnim. Młodych widywało się z rzadka, nie tylko u fryzjera, wszędzie. Z wyjątkiem pijaczków okupujących bramy i ławeczki – oni sędziwego wieku nie dożywali. Pozostali – kto miał głowę na karku i mógł – pakowali manatki i wyjeżdżali

Moja mama, niestety, nie chciała tego zrozumieć, pewnie nawet nie dostrzegała problemu. Myślę, że ona za bardzo przywykła do takiego życia, do otaczającej nas biedy, do nędzy naszego miasta. W końcu jednak się zgodziła. Toteż bez najmniejszych złych przeczuć 
w kwestii dziecka, za to z wielkimi obawami o własną, mocno mglistą przyszłość, wyruszyłam do UK… Na początku nie było różowo, jak zresztą przewidywałam. Mieszkałam w małej klitce ze współlokatorką.

Sprzątałam mieszkania, i nie tylko – pracowałam na okrągło i uczyłam się języka. Gdy już mogłam swobodnie się porozumiewać, zaczęłam szukać pracy w zawodzie. A gdy tylko miałam wolną chwilę, czesałam, kogo się dało, nawet za darmo, byle nie wyjść z wprawy. I wreszcie mi się poszczęściło, znalazłam wymarzoną pracę! W małym zakładzie fryzjerskim – właścicielką była Brytyjka, a większość jej klientek w podobnym wieku jak panie u nas w Ch.. 

Spodobałam się od razu, klientki jedna drugiej zaczęły mnie sobie polecać. Widocznie utrafiłam w ich gust. Możliwe też, że po prostu babcie miały zbliżone upodobania do zagranicznych dam. Jesteśmy ponoć globalną wioską. W ciągu pierwszego roku mojej zarobkowej emigracji ani razu nie przyjechałam do Polski, nie było na to najmniejszych szans. Spodziewałam się tego; dlatego zanim wyjechałam, kupiłam mamie i Wojtusiowi kamerę internetową i przyuczyłam ich do korzystania ze Skype’a. Liczyłam na to, że choć z dala od domu, nadal będę mogła uczestniczyć w ich życiu. Słaba to namiastka wspólnoty rodzinnej, ale zawsze coś.

Na początku, gdy pojawiałam się na ekranie komputera, Wojtuś zaczynał płakać. Próbowałam go uspokajać, babcia tuliła, wszystko na nic. Po jakimś czasie sam z siebie przestał się tak wzruszać na mój widok.

– Wojtusiu, co w szkole? – pytałam zawsze w trakcie naszych „widzeń”.

– Dobrze, mamusiu – odpowiadał swoim smutnym głosikiem.

Nie kleiły się te nasze rozmowy kompletnie, choć na początku rozmawialiśmy codziennie. Później zdarzały się kilkudniowe przerwy, czasami zamiast łączyć się przez Skype’a, po prostu do niego dzwoniłam. Ale Wojtek nie mógł narzekać, że o nim nie pamiętam. Każde wolne pieniądze zamieniałam na zabawki, ubrania, różne gadżety i wysyłałam mu do Polski. Lubiłam sobie wyobrażać, jak idzie przez rynek ubrany w te ekstraciuchy, a wszystkie dziewczynki się za nim oglądają.

Tak minęły nam cztery lata

Raz w roku przylatywałam do domu. To były dla mnie najszczęśliwsze chwile. Wciąż nie mogłam zabrać synka do siebie. Niby zmieniłam mieszkanie, a pracowałam więcej, wciąż byłam zajęta, nie miałabym dla niego czasu. W zamian przesyłałam mamie dodatkowe pieniądze na prywatną naukę angielskiego, żeby go na wyjazd do Wielkiej Brytanii przygotować. Pewnego dnia odebrałam telefon. Okazało się, że dodzwoniła się do mnie dawna przyjaciółka z czasów gimnazjum. Powiedziała coś, co mnie zszokowało:

– Ewka, czy ty wiesz, że Wojtkowi przydzielili kuratora?

Nawet nie spytałam, którego Wojtka ma na myśli, bałam się.

– Twojemu Wojtkowi – uściśliła, pozbawiając mnie złudzeń. 

– Kuratora? Co ty mówisz, Ala…

– Chętny jest do bitki aż za bardzo. Twojej matce też oko przyozdobił.

– Nie… niemożliwe – wyjąkałam. 

– Przecież Wojtuś ma dopiero jedenaście lat! To małe dziecko!

Koleżanka nie miała jednak zamiaru się ze mną patyczkować:

– Obawiam się, niestety, że możliwe. Ja zostałam jego kuratorką. Na twoim miejscu pojawiłabym się tu szybko, zanim będzie za późno. Jest nadpobudliwy, wdał się w nieodpowiednie i dużo starsze od siebie towarzystwo, któremu próbuje imponować – mówiła Alicja tonem osoby, dla której to chleb powszedni. – Nie nauką, jak się domyślasz. Twoja matka nie daje sobie z chłopakiem rady. Podejrzewam, że Wojtek próbuje zwrócić na siebie uwagę. Zresztą nie tylko twój syn jest w naszej okolicy sierotą…

– On nie jest sierotą! – wtrąciłam się. 

– Mówię o sierotach europejskich, tak to się teraz nazywa. Wielu rodziców wyjechało zarobkowo, dzieci zostały same. Niby mają opiekę dalszej rodziny, ale czują się zagubione, niekochane. Różnie sobie z tym radzą. Twój Wojtek wybrał fatalny sposób. Jeśli tak dalej pójdzie, to wyląduje w ośrodku wychowawczym.

– Masz na myśli poprawczak? To jakiś żart? – serce waliło mi jak młotem.

– Bynajmniej – Alicja westchnęła. – Przez wzgląd na naszą dawną przyjaźń postanowiłam cię ostrzec. Szkoda chłopaka. Przemyśl to sobie.

Długo się zastanawiałam nad tym, jak powinna wyglądać moja rozmowa z mamą. Z jednej strony byłam przerażona i zrozpaczona, z drugiej zła i zawiedziona. Dlaczego nic mi nie powiedziała?! Słowem się nie zająknęła, że są z Wojtusiem jakieś problemy. Niemożliwe, żeby nie miała o nich pojęcia, tym bardziej że sama stała się podobno ofiarą

Mój syn… sierotą? 

Okazałam się ślepa. Może wolałam nic nie widzieć? Ostatnio łączyła się ze mną tylko mama; Wojtek pojawiał się przed ekranem coraz rzadziej, a jeśli już, to rozmawiał ze mną bardzo krótko, zdawkowo i unikał patrzenia mi w oczy. A ja, zajęta swoim nowym życiem i nową miłością, wygodnie bagatelizowałam sprawę. Ot, chłopak rośnie, wchodzi w okres dojrzewania, buntu… Okej, ale czy to tłumaczy bójki? Bunt, tak, jednak agresja? I to względem babci? 

„Może mama sama się przewróciła, a wszyscy uznali, że to wina Wojtka? Ale po co? Może z zazdrości? O ciuchy na przykład” – ta myśl podniosła mnie na duchu. Niestety, tylko na chwilę.

– Nie chciałam cię martwić, miałam nadzieję, że Wojtek się wreszcie opamięta – usłyszałam od mamy, gdy zapytałam, czemu milczała.

– Chryste, mamo! Przecież chłopakowi poprawczak grozi! I czy… czy on naprawdę cię uderzył?

– Chciałam go zatrzymać w domu – odparła cicho, jakby z lękiem.

– Zaczął przychodzić do domu coraz później, znalazł sobie takich kolegów, że szkoda gadać. Piją, palą…

– O czym ty w ogóle mówisz?

– O tym, że prosiłam, żebyś go nie zostawiała! Pamiętasz, jak płakał po twoim wyjeździe? Z daleka łatwo zapomnieć. I nie ty musiałaś patrzeć, jak całymi dniami wystawał przed oknem, czekając, aż wrócisz z tej swojej angielskiej pracy. A kiedy nie stał przy oknie, to się uczył, żeby pokazać ci swoje piątki i szóstki, gdy już wrócisz. Aż wreszcie przestał płakać, zobojętniał. Przestał się też uczyć, bo przestał wierzyć, że kiedyś wrócisz. Uważa, że wolisz pracę od niego, że go porzuciłaś. Powiedział mi, że cię nienawidzi! – ostatnie zdanie wykrzyczała i przerwała rozmowę.

Muszę choć spróbować go uratować

I teraz nie wiem ani co o tym myśleć, ani co zrobić. Mama najwyraźniej totalnie się pogubiła, coś gdzieś nie zadziałało. Mnie dobrze wychowała, więc sądziłam, że z moim synkiem też sobie poradzi, że go podchowa, póki nie wrócę. Choć szczerze mówić, wcale nie miałam ochoty wracać. Zbyt dobrze mi się układało. Czy zachowanie Wojtka to kara za to moje spóźnione szczęście?

Ale może z chłopakiem jest trudniej? Nie dość, że nie miał ojca ani dziadka, żeby go męską ręką poprowadzili – to jeszcze matki zabrakło. Boże, czy to źle, że chciałam lepszego życia? Dla niego, dla siebie. Co robić, Boże, co ja mam teraz zrobić? Skoro nie chcę wrócić do Polski, powinnam Wojtka sprowadzić tutaj. Potrzebuje mnie. Ale się boję… Czy po tych czterech latach będę się umiała nim zająć, czy odnajdziemy zagubioną więź, czy wybaczymy sobie nawzajem? I co na to wszystko powie Mike?

Kocham go, chcemy razem zamieszkać, założyć rodzinę… Zbuntowany, agresywny i zazdrosny syn może odebrać mi szansę na szczęście. Ale czy będę umiała być szczęśliwa bez Wojtka? Co gorsza, wiedząc, że z dala ode mnie stacza się coraz bardziej? Przecież wyjechałam do Anglii, by zadbać o jego przyszłość. Tak naprawdę nie mam wyboru. Jestem jego matką. Mój synek ma tylko jedenaście lat. Jeszcze nie jest za późno. Muszę choć spróbować go uratować, inaczej nigdy sobie nie wybaczę.