Sytuacja bardzo się zmieniła

Ledwo się posprząta po świętach, a znajomi już zaczynają się pytać nawzajem, kto gdzie jedzie na wakacje. Do niedawna na podobne pytania odpowiadałam z pewnym zadowoleniem, bo Edek nieźle zarabiał i stać nas było na urlop w Grecji, Turcji, Bułgarii czy nawet we Włoszech. Ale zimą roku były u niego zwolnienia grupowe i nasza czteroosobowa rodzina przeszła na moje wyłączne utrzymanie. A bibliotekarki naprawdę nie zarabiają kokosów. Tak więc tamto lato roku nie zapowiadało się dla nas zbyt różowo.

– My z Robertem zabukowaliśmy sobie już pobyt w Irlandii – chwaliła się Agata, sąsiadka z piętra. – A Marta mówiła, że z całą rodziną jadą do Czarnogóry. Chyba też się tam wybierzemy w sierpniu. A wy? Macie już coś upatrzonego?

– Nieee, czekamy na jakieś last minute – odpowiadałam.

– Och, no jasne, przecież Edek stracił pracę, no tak. Kochana, nic się nie martw, wakacje w Polsce to też fajna sprawa – usiłowały mnie pocieszać.

Problem jednak polegał na tym, że nas nie było stać nawet na weekend za miastem, nie mówiąc o porządnym, dwutygodniowym urlopie nad morzem czy w górach. Starałam się o dofinansowanie ze szkolnej rady rodziców zielonej szkoły dla Gosi, zamierzałam też wziąć pożyczkę, żeby wysłać Huberta na wycieczkę klasową. To było wszystko, co mogłam zaoferować im tej wiosny. O wakacjach musiałam zapomnieć. Miałam tylko nadzieję, że dzieci zrozumieją, iż w życiu czasami jest lepiej, a czasami gorzej.

– Ale jak to: nigdzie nie pojedziemy w wakacje? – pamiętam, że Hubert patrzył na mnie, jakby podejrzewał, że robię mu jakiś dowcip. – Wszyscy wyjeżdżają! We wrześniu pani zapyta dzieci, kto gdzie był, i każe nam przynieść pamiątki. To co ja wtedy powiem? Że siedziałem przez całe wakacje w domu?

– Właśnie, mamo – dołączyła do rozmowy Gosia. – Nie bądź taka! Przecież zawsze gdzieś jeździmy!

– Tak, wiem, ale w tym roku tatuś stracił pracę i nie mamy pieniędzy na wyjazd – nie chciałam okłamywać dziesięciolatki i dwunastolatka.

– To niech idzie do nowej pracy. Jeszcze zdąży zarobić – Gosia miała gotowe rozwiązanie.

Myślałam, że gorzej być nie może

Darowałam sobie tłumaczenie, że to nie takie proste, i postanowiłam porozmawiać z mężem o większym kredycie konsumpcyjnym.

– To dla nich bardzo trudne – tłumaczyłam. – Wszyscy koledzy z klasy wyjeżdżają… A poza tym, co z nimi zrobimy latem? Wyobrażasz sobie dziewięć tygodni w mieście? Przecież oni tu zwariują! A my z nimi!

– Nie, kredyt odpada – mąż pokręcił głową. – Nie wiemy, kiedy znajdę nową robotę i czy w ogóle. Nie możemy się tak obciążać i ryzykować. 

Jeszcze w maju z gminy przyszła informacja, że biblioteka ma być zamknięta w wakacje, a personel idzie na przymusowy bezpłatny urlop. Razem z moją współpracowniczką czytałyśmy te słowa z niedowierzaniem. Jak to? Gmina zostawia nas na dwa miesiące bez pensji?!

Nasza sytuacja finansowa zaczęła wyglądać beznadziejnie. Przestałam marzyć już nie tylko o wakacjach, ale nawet o nowym czajniku czy sandałach dla Gośki. Oszczędzaliśmy każdy grosz, jednak z czasem i zaskórniaki się skończyły.

– Kotek, dostałem propozycję! – któregoś dnia Edek wpadł do domu podekscytowany. – Będę pracował w salonie ze sprzętem elektronicznym i dostanę premię od każdej sprzedanej sztuki! A wiesz, że niezły ze mnie sprzedawca.

Odetchnęłam z ulgą. Dzięki zarobkom Edka mogliśmy spłacić pożyczki i kupić najpotrzebniejsze rzeczy. Nadal jednak nie było nas stać na żaden wyjazd.

Dzieciaki po prostu wariowały

Kiedy dzieci zakończyły rok szkolny, nagle zaczęłam spędzać z nimi całe dnie w domu. Początek lipca był jeszcze znośny, jeździliśmy trochę na rowerach, znalazłam tani basen, ale potem dzieciaki zaczęły się nudzić.

– Znowu rower? – marudziła Gosia. – Mamo, byliśmy już wszędzie… Gdzie znowu chcesz jechać?

– Nie chcę na basen – wtórował jej Hubert. – Oczy mnie po nim pieką.

Zawisło nade mną widmo przerażającej, dwumiesięcznej nudy i marazmu. Edka nie było całymi dniami, bo harował na dwie zmiany jak szalony. Biblioteka zamknięta i nie dało się nawet wypożyczyć książek. Zostawała telewizja i gry komputerowe, do których zgodnie zasiadły dzieci. Po tygodniu patrzenia, jak zamieniają się w zombie oświetlone niebieskawosinym światłem ekranu, poczułam, że muszę coś z tym zrobić.

– Dobra, dzisiaj idziecie spać wcześniej, bo rano skoro świt jedziemy w podróż! – oznajmiłam w końcu.

– W podróż? – dwie ciemne główki odwróciły się na moment od jakiejś idiotycznej kreskówki.

– Wyjeżdżamy na wakacje?

– Tak – przytaknęłam. – Będziemy zwiedzać… nasze województwo.

Dzieci popatrzyły na mnie, jakbym postradała rozum, ale nie dałam im dojść do słowa. A potem weszłam do internetu i sprawdziłam, jakie zabytki mamy w okolicy. Okazało się, że dwadzieścia kilometrów od naszego domu był klasztor, w którym kiedyś mieszkała księżna mazowiecka. Ponoć była tak urzeczona krajobrazem rozciągającym się wokół klasztoru, że kazała namalować swój portret na jego tle. Ten portret wisiał teraz w przyklasztornym muzeum.

Zafundowałam im niedrogie przeżycia

Rano, zanim wstały dzieci, zrobiłam kanapki, napełniłam butelki wodą z filtra, spakowałam ceratowy obrus i karimatę oraz spray na komary i mleczko do opalania. O dziesiątej poszliśmy na przystanek pekaesu, a potem z mapą w ręce doprowadziłam syna i córkę do owego historycznego budynku.

– O, jest i portret księżnej – zawołałam w muzeum. – Gosia, Hubert, chodźcie, zrobimy zdjęcie, a potem znajdziemy miejsce, w którym stała księżna, pozując malarzowi.

Dzieci, dotychczas nieco znudzone, przystały na tę propozycję i kolejną godzinę spędziliśmy, chodząc powoli po okolicy i przymierzając tło obrazu widoczne na ekranie mojego smartfona do obserwowanych pejzaży.

– O, o! To chyba było tu! – Hubert zaczął tupać na małym pagórku.

– Nie, ta rzeczka jest bardziej z boku – Gosia nie była przekonana. – Czekaj, jak się przejdzie trochę w tę stronę, to… O, mamo! To tu!

Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy w końcu miejsce, w którym musiała stać pozująca księżna. Wszyscy zrobiliśmy sobie tam fotki z bardzo arystokratycznymi minami. W domu wydrukowałam nasze zdjęcia oraz kopię portretu księżnej i przyczepiliśmy je na lodówce obok siebie. A następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć najstarszy dąb w naszym województwie. Stał w parku, w którym byliśmy sto razy, ale do dębu jakoś nigdy nie doszliśmy. Drzewo było naprawdę okazałe; zrobiliśmy sobie u jego stóp piknik.

– Ma około stu dwudziestu lat – przeczytałam z kartek wydrukowanych w domu. – Co się działo w Polsce, gdy puszczał pierwsze listki?

Gosia była za mała, żeby to wiedzieć, ale Hubert zaczął kombinować. Wkrótce wszyscy troje wyobrażaliśmy już sobie, jak to było te sto dwadzieścia lat temu, i co „widział” dąb w ciągu minionych dekad.

W szkole moje dzieci zabłysły wiedzą

Mijały kolejne letnie dni, a ja nie mogłam wyjść ze zdumienia, ile nieodkrytych zabytków – zarówno kultury, jak i przyrody – jest w naszej okolicy. Pojechaliśmy do ogrodu botanicznego, gdzie dzieci zafascynowały trujące rośliny, odwiedziliśmy farmę strusi, o której istnieniu nie miałam dotąd pojęcia. Wszystkie te miejsca znajdowały się nie dalej niż godzinę drogi od naszego domu, a można było w nich fantastycznie spędzić czas. 

Za każdym razem przywoziliśmy jakieś pamiątki, ale nie takie, które można kupić w sklepiku. Raz były to zdjęcia à la portret księżnej, raz zielony jeszcze żołądź studwudziestoletniego dębu, a kiedy indziej znów pióro strusia czy ulotka z informacją o trującej orchidei.

– Mamo, wiedziałaś, że nad naszą rzeką paleontolodzy odkryli czterdzieści lat temu szkielet dinozaura? – czasem to Hubert wyszukiwał w internecie interesujące informacje. – Pojedziemy tam? Podobno nie wszystkie kości znaleźli, więc może coś wygrzebiemy z piachu?

– A może ten dinozaur miał małe? I wykopiemy takie malutkie dinozaurzątko? – zapaliła się do pomysłu Gosia, miłośniczka zwierząt.

Oczywiście wiedziałam, że na znaleziska archeologiczne nie mamy co liczyć, ale i tak pojechaliśmy obejrzeć dawne stanowisko naukowe. Wzięliśmy z domu łopatki i pędzelki i przez pół dnia szukaliśmy przeoczonej przez naukowców kości dinozaura. Dzieci kopały, wyciągały jakieś kamienie, a nawet muszle, starannie oczyszczały je z piachu i układały 
w szereg. Ja się opalałam oraz odpowiadałam na bardzo trudne pytania z gatunku: „Czy dinozaury miały pazury długie jak nóż, czy bardziej jak szabla?”. Na pamiątkę przywieźliśmy kamyki w ciekawych kształtach, które – jak twierdził Hubert – na pewno miały wartość historyczną.

Nim wakacje dobiegły końca, byliśmy jeszcze na meczu hokeja na trawie zorganizowanym przez naszą gminę, pikniku militarnym i w poniemieckim bunkrze, gdzie zaskoczył nas wieczór i czuliśmy się jak komandosi zdobywający twierdzę wroga.

Wakacje w kraju nie są złe

We wrześniu ja wróciłam do pracy, a dzieci do szkoły. Już w pierwszym tygodniu panie zapytały o to, gdzie kto był na wakacjach i co zwiedził. I wiecie co? Chociaż większość dzieci spędziła wakacje nad morzem, w Turcji czy na greckiej riwierze, żadne nie miało do opowiedzenia tyle, co Gosia i Hubert. Moje dzieciaki, choć ominęły je hotele z basenami w opcji all insclusive, przyniosły swoje pamiątki, które nie były „made in China”, i potrafiły opowiedzieć o dinozaurach, mazowieckiej księżnej oraz o tym, że jajecznicą ze strusiego jaja naje się dziesięć osób. 

Polonistki nie mogły się nadziwić, że wszystkie te ciekawe miejsca, o których opowiadali mój syn i córka, znajdują się tuż koło nas, w tym samym województwie, a często nawet i gminie. I tak dwie klasy – Huberta i Gosi – poznały nowe, bardzo prawdziwe przysłowie: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Ja i dzieci nauczyliśmy się jeszcze czegoś: nie trzeba wyjeżdżać daleko, aby przeżyć coś wspaniałego! Wystarczy się wysilić i poszukać czegoś, co jest na wyciągnięcie ręki… A w tym roku przesiadamy się na rowery.