Z tym, że czuję się upokorzony, gdy nie starcza mi do pierwszego, jestem w stanie sobie poradzić. Świat nie jest sprawiedliwy i ktoś musi paść ofiarą tej niesprawiedliwości. Dlaczego akurat ja? Takie pytanie też się pojawia, ale w moim przypadku odpowiedzią na nie jest Bóg. Bóg tak chciał, a ja muszę z pokorą znieść, co przygotował dla mnie. W to wierzę i ta wiara pomaga mi w radzeniu sobie z emocjami – złością i żalem. 

Gorzej jest, gdy ofiarą tej niesprawiedliwości padają moje dzieci. Bo przecież kiedy mi nie starcza do pierwszego, to znaczy, że one nie mają, co jeść. Tak bywa. Oczywiście są różne miejsca, gdzie ludziom takim jak ja ofiarują pomoc, gdzie można za darmo zjeść, ale chodzić tam regularnie, prosić, siadać do stołu z tymi, którzy wykoleili się w życiu, jest bardzo trudno. A przecież ja pracuję. Uczciwie, ciężko, na półtora etatu. W naszym kraju to jednak nie wystarczy, żeby utrzymać piątkę dzieci z niepracującą, chorą żoną.

Brakowało nam pieniędzy

Wszystkie pieniądze, jakie mamy, wydajemy na leki dla niej i jedzenie dla nas wszystkich. Ubrania zazwyczaj dostajemy – od rodziny, z czerwonego krzyża, czasem uda nam się coś kupić w lumpeksie. I to wszystko, to całe nasze życie. Nie ma mowy o wakacjach. Dzieci na zmianę jeżdżą na trochę do babci, ale jej się też nie przelewa, więc może brać tylko dwoje naraz. Wszystkie dodatkowe wydatki to stres, niepokój, nerwowe poszukiwania środków. Dlatego kiedy lekarz powiedział, że trzeba żonę leczyć nowym lekiem, dwa razy droższym od poprzedniego, załamałem się. 

– Nie martw się, Antoś – mówiła Justyna. – Coś wymyślimy. A jak nie, to mogę brać stary, przecież lekarz powiedział.

– Ale powiedział też, że po tym nowym będziesz się czuła lepiej, że będzie… bezpieczniej.

– A tam, bezpieczniej. Tyle już lat żyję z tą chorobą i nic się nie stało. Bóg nie pozwoli, przecież widzi, że mam całą gromadę do wychowania.

Justyna uśmiechała się, jak to mówiła, a mnie ze zmartwienia pękało serce. Zresztą, miałem wrażenie, że pęka mi ono już od tak dawna, że lada moment rozleci się na pół i mnie zabraknie. Trzymała mnie przy życiu tylko konieczność zadbania o rodzinę. 

Żona, rzeczywiście, brała przez jakiś czas stary lek, a ja nie mogłem się z tym pogodzić. Pewnego dnia nie wytrzymałem. Miałem już wszystkiego dość od samego rana. Justyna źle się czuła, moja najmłodsza obudziła się z gorączką, a najstarszy z chłopaków zgubił piórnik. W dodatku mój szef, człowiek, który miał wrażliwość słonia, przyjechał do pracy swoim nowym samochodem i wyciągał nas na zewnątrz, żebyśmy wszyscy obejrzeli to cudo. Trzeba się było uśmiechać, komplementować, a jemu nawet przez myśl nie przeszło, że na to jego nowe cacko musiałbym pracować całe życie. Bawiło go tylko, że żaden z nas nie wiedział nawet, jak odpala się takie nowoczesne auto. 

Zrobiłem to z desperacji

Tak się zdenerwowałem, że aż mnie trzęsło. Do końca dnia ukrywałem się przed chłopakami. Postanowiłem tę niesprawiedliwość sam wyrównać. Nikt się nie zdziwił, że zostałem po godzinach, bo często zostawałem. Grosze, bo grosze, ale płacili jednak za te parę godzin więcej. Kiedy wszyscy wyszli, usiadłem, żeby jeszcze raz, na chłodno przemyśleć sprawę. Ale nie potrafiłem powstrzymać emocji. 

Sprzedawaliśmy w firmie części do elektroniki samochodowej. Drogie części. Od czasu do czasu coś ginęło. Bywało, że szef znalazł złodzieja, a zdarzało się, że nie nakrył nikogo. Ja nigdy nic nie ukradłem, ale po tylu latach pracy – a byłem najstarszym z pracowników – dobrze wiedziałem, jak ukraść coś tak, żeby nikt się nie dowiedział, że to ja. Tym bardziej, że szef zatrudnił ostatnio kilku młodych. „Na nich padnie podejrzenie” – pomyślałem i zabrałem do domu trzy bardzo drogie części.

Sprzedałem je w internecie. Pieniędzy było z tego tyle, że wystarczyło na lek dla Justyny na cztery miesiące i nie musiałem się martwić, że dzieci będą głodne. Nie byłem z siebie dumny, zżerały mnie wyrzuty sumienia, nie mogłem przestać myśleć o tym, co zrobiłem. Z każdym tygodniem coraz bardziej się męczyłem. 

Kiedy żona pytała o pracę, szybko zmieniałem temat. Nawet ona poczuła, że coś się dzieje. Myślę, że dało jej do myślenia też to, że nie byłem u komunii. Wszyscy jesteśmy ludźmi wiary i prawie zawsze w niedzielę przyjmujemy sakrament. Spowiadamy się też regularnie. Ja nie szedłem ani do spowiedzi, ani do komunii.

– Antoś, martwisz mnie. Przecież widzę, że coś ukrywasz… – marszczyła czoło w zatroskaniu.

– Co ty wygadujesz. Ech, wy kobiety. Zmęczony jestem tylko.

Nie wytrzymałem i poszedłem do spowiedzi

Chciałem zrzucić z siebie ten grzech. W końcu to Bóg obdarował mnie sumieniem, więc tylko u niego mogłem znaleźć pocieszenie. Pojechałem do kościoła po pracy – tak żeby nie spowiadać się w niedzielę. Nie chciałem, żeby żona widziała emocje, które przeżywałem. A były ogromne. Do tej pory, przez całe moje życie musiałem spowiadać się tylko z grzechów powszechnych, takich, które popełniamy raczej wszyscy – gniewu, lenistwa, obżarstwa, zaniedbywania mszy świętej czy wieczornej modlitwy. Ale nigdy nie spowiadałem się z kradzieży. Kiedy podszedłem do konfesjonału, serce waliło mi jak młotem. Miałem wrażenie, że ksiądz to słyszy. Chyba nie usłyszał, ale wyraźnie ożywił się, kiedy wyznałem przed nim grzech kradzieży. Dokładnie wypytał mnie o okoliczności tej sytuacji, a potem powiedział tak:

– Kradzież to poważny grzech. Pewnie się martwisz, synu, o rozgrzeszenie, ale je dostaniesz. Musisz jednak pamiętać o skrusze, musisz żałować.

Żałuję, proszę księdza. Każdego dnia, odkąd to się stało… – zapewniałem nerwowo.

– Ale jest jeszcze coś takiego, jak zadośćuczynienie. Nie mogę odpuścić ci grzechu, jeśli nie dojdzie do zadośćuczynienia. Stało się zło, które musisz naprawić.

– Ale jak, proszę księdza?

– Musisz oddać pieniądze albo uzyskać przebaczenie u tego, którego okradłeś – powiedział ksiądz, a ja omal nie zemdlałem.

– Ale, proszę księdza, przecież on mnie wyrzuci z pracy… – broniłem się, jednak na próżno. 

Spowiednik był nieugięty. Rozumiałem go zresztą, przecież pamiętałem z lekcji religii, że jest zadośćuczynienie. Nigdy jednak nie myślałem, że będzie ono tak trudne, jak w mojej sytuacji.

Nie miałem odwagi się przyznać

Nie dostałem rozgrzeszenia, a z kościoła wyszedłem w jeszcze gorszym stanie, niż do niego wszedłem. Ale zagryzłem zęby i nic nie dawałem po sobie poznać. Tym bardziej w pracy udawałem, że nic się nie dzieje. Parę razy już byłem gotów porozmawiać z szefem, ale kiedy do niego szedłem, docierało do mnie, jak wiele ryzykuję. Co taki gest może oznaczać dla mojej rodziny. Po pierwsze, szef mógłby mnie zwolnić, a po drugie, mógł też zadzwonić na policję, a ja mogłem przez to pójść do więzienia. Nie, na to nie mogłem pozwolić. Kto zająłby się moimi dziećmi?

Biłem się z myślami wiele dni, ale w końcu podjąłem decyzję, że nie powiem, że nie wyznam grzechu i będę w nim żył. Ciężko było mi to przed sobą przyznać, jednak moja rodzina, moje dzieci były dla mnie ważniejsze niż zbawienie. Wiem, że to też grzech tak myśleć, tyle że kocham je ponad wszystko, a to przecież również dar od Boga, ta miłość. 

Czułem się z tym źle

Żyłem więc w grzechu, nie chodziłem do komunii. Jakoś przed żoną to ukrywałem. Mieliśmy jeszcze małe dzieci i do komunii szliśmy na zmianę, bo ktoś musiał ich pilnować. Szedłem więc w kierunku ołtarza, ale do niego nie dochodziłem. Wracałem jednak w skupieniu, jakbym tę komunię przyjął. Czułem się z tym wszystkim koszmarnie. Jak złodziej i kłamca. Zupełnie jak nie ja. 

Bywało, że szedłem do kościoła po pracy tylko po to, żeby tam posiedzieć, pomodlić się. W tej ławce, sam przed ołtarzem miałem wrażenie, że jednak jeszcze Bóg mnie kocha i niezależnie od zadośćuczynienia będzie mnie chciał u siebie. Ale czasem napadały mnie myśli, że jednak tak nie jest. „Po co byłaby cała nauka kościoła, gdyby tak było. No po co?” – pytałem sam siebie, tkwiąc w tej ławce czasem dwadzieścia minut, czasem pół godziny. 

Ale pewnego dnia poczułem, że ktoś obok mnie siada. Otworzyłem oczy i spojrzałem w bok. To był ksiądz. Stary, zasuszony, pomarszczony, ale o bardzo bystrym spojrzeniu.

– Widuję cię tu od dawna. Coś cię pewnie trapi? – powiedział.

– Mam grzech, proszę księdza, ale nie mogę dostać rozgrzeszenia – nie wiem, czemu, ale poczułem, że jemu mogę wszystko powiedzieć. Jak na spowiedzi, choć nie byliśmy w konfesjonale.

– To musi być ciężki grzech, bardzo ciężki… – westchnął, ale z jakimś dziwnym rozbawieniem.

– Ukradłem, proszę księdza.

– A co ukradłeś, synu?

– Drogie części z pracy, proszę księdza. Dostałem za nie tyle pieniędzy, że musiałbym pracować trzy miesiące za darmo, żeby je oddać. Nie wiem, jak mam zadośćuczynić szefowi w tej sprawie. Przecież jak mu powiem, to mnie zwolni. A ksiądz wie, bez zadośćuczynienia…

– To prawda synu, ale Bóg, którego ja znam, nie jest drobiazgowy. Nie musisz się rozliczyć do każdej złotówki, nie musisz się oddać w ręce prawa. Widzę, że cierpisz, widzę, że żałujesz bardziej niż większość grzeszników, których spowiadałem. Mam więc dla ciebie propozycję.

– Jaką, proszę księdza?

– Pracuj więcej i lepiej niż dotychczas pracowałeś, a ja dam ci rozgrzeszenie – uśmiechnął się.

– Naprawdę, proszę księdza?

– No tak, już ci w zasadzie dałem.

Jeszcze raz się uśmiechnął, zrobił znak krzyża i poszedł do zakrystii. A ja siedziałem i myślałem nad tym, co mi powiedział. 

Pracowałem jeszcze więcej

Wróciłem do domu lżejszy o najcięższy grzech, jaki w życiu na sumieniu miałem, i od następnego dnia zacząłem pokutę i zadośćuczynienie w jednym. Pracowałem znacznie pilniej i dużo więcej niż przed kradzieżą. Odpędzałem od siebie myśli o tym, że to niesprawiedliwe, że mam tak niską pensję. Po tym, co przeżyłem z rozgrzeszeniem, nie miało to znaczenia. Znalazłem też dodatkową pracę na wieczory, żeby mieć na leki dla Justynki. Wszystko się jakoś układało, tylko rodzinę, dzieci mało widywałem. 

Pewnego dnia jednak szef wezwał mnie do siebie i kazał siadać. Najpierw zaczął mnie wypytywać, ile u niego pracuję, jak mi się podoba, co myślę o załodze. Potem popytał o dzieci, o dom, o to jak nam się wiedzie. Nie przepadałem za nim, więc ograniczałem się do zdawkowych odpowiedzi. A poza tym byłem coraz bardziej nerwowy w obawie, że odkrył moją kradzież. Nigdy się tak nie zachowywał. W końcu jednak wszystko się wyjaśniło.

– Słuchaj, Antek. Wiesz, że mamy w zakładzie problem z kradzieżami?

– Wiem, szefie – serce znów waliło tak, jak wtedy w konfesjonale.

– Doszedłem ostatnio do wniosku, że potrzebuję kogoś, kto będzie moim zastępcą, a będzie bliżej załogi, żeby jej pilnować. Pracujesz u mnie najdłużej, ostatnio harujesz nawet dwa razy ciężej, niż jak cię przyjąłem. Chciałbym, żebyś został kierownikiem. Co ty na to?

To był ten moment

Zdębiałem. Normalnie bym się ucieszył, ale w tej sytuacji się rozsypałem. Od razu dotarło do mnie, że nie mógłbym przyjąć tej posady, bo pracowałem ciężko z zupełnie innych powodów niż te, o których myślał szef. „Teraz albo nigdy” – pomyślałem, bo przecież jakimi jesteśmy ludźmi naprawdę, dowiadujemy się w najtrudniejszych chwilach.

– Nie mogę szefie…

– Dlaczego? – osłupiał. Nie spodziewał się tego.

– Bo to ja jestem za tę ostatnią kradzież odpowiedzialny – powiedziałem to i wszystko ze mnie zeszło. Całe emocje. Myślałem, że będę się bał, a to była ulga. 

– Jak to? Antek, co ty mówisz!?

– Dlatego tak pracowałem, przez wyrzuty sumienia.

Powiedziałem to, a on przez chwilę siedział i milczał. Potem z marsową minął zaczął mnie o wszystko wypytywać ze szczegółami. Co, jak i dlaczego. Powiedziałem mu wszystko dokładnie, jakbym się drugi raz spowiadał. Czekałem na najgorsze, ale nic złego się nie stało.

Nie mogłem w to uwierzyć

Szef westchnął ciężko, jakby to wszystko była jego wina, a potem mnie przeprosił. Przyznał, że nie wiedział, że jest tak źle i przyznał też, że z tą moją pensją zachował się jak dusigrosz, że tyle lat podwyżki nie miałem. Siedziałem oniemiały. Nie mogłem uwierzyć. Zwłaszcza jak podtrzymał propozycję stanowiska kierownika. Powiedział, że to, co zrobiłem, to znaczy, że się przyznałem, świadczy o wielkiej uczciwości i on ma do mnie zaufanie. Dostałem też podwyżkę. Wszystko było jak sen, jak cud. A może to był cud właśnie. A jeśli nie cud, to i tak wymowne potwierdzenie, że uczciwość się opłaca. Że cudza niedola ruszy drugiego człowieka – nawet takiego gruboskórnego, jak mój szef. 

Tego dnia wyszedłem z pracy cały w skowronkach. Nawet kwiaty dla mojej kochanej żony kupiłem. Potem nawet trochę żałowałem, bo się wystraszyła, że coś złego zrobiłem, bo nie pamiętała, kiedy ostatni raz obdarowałem ją takim bukietem. Kolejne małe prezenty już lepiej przyjmowała, bez nerwów. Wiedziała, że mnie na nie stać. Bez szaleństw, ale jednak. Dzięki Bogu.