Zaczęło się od zdjęcia

A co, jeśli mój syn jest chory?! Nawet nie chciałam tak myśleć. Spanikowałam. Sądziłam, że do końca życia nie odezwę się do swojej siostry, a tymczasem dzisiaj wiem, że będę jej wdzięczna aż do śmierci. Za to, co dla mnie zrobiła, mimo że jasno jej dałam do zrozumienia, że nie chcę jej znać i nic tego nie zmieni. A jak do tego doszło, że jednak moja postawa wobec Agnieszki odwróciła się o 180 stopni?

Wiadomo, że każda mama chce pochwalić się swoim dzieckiem. A gdzie to najłatwiej zrobić, jak nie w internecie? Mam swoje konto na popularnym portalu społecznościowym, na który wrzucam często zdjęcia mojej rodzinki. Także niespełna czteromiesięcznego Michałka, mojej ukochanej gwiazdki z nieba, wyczekanego syneczka.

Zrozumiałe, że dla każdej mamy dziecko jest najpiękniejsze na świecie i nic tak nie cieszy jak to, gdy inni podziwiają jej pociechę. Dlatego z uwagą śledzę wszystkie entuzjastyczne wpisy pod zdjęciami synka, które robią przyjaciele i rodzina. Pewnego dnia wpadła do mnie koleżanka. Sądziłam, że tylko na kawę i babskie pogaduchy, ale ona jakoś tak niespokojnie się wierciła. Patrzyła przy tym tak dziwnie na Michałka, że aż zaczęłam się niepokoić.

W końcu jakaś taka blada wydusiła z siebie pytanie, czy nie zauważyłam ostatnio, że coś niepokojącego się dzieje z jego oczami. A konkretnie z prawym.

– Jasne, że nie! – obruszyłam się. Moje dziecko miało przecież najpiękniejsze niebieskie oczy na świecie!

– Bo wiesz, zauważyłam na tym ostatnim zdjęciu, które umieściłaś w necie, że w jego oczku widać taki biały odblask – wymamrotała Elwira.

– To lampa błyskowa! – uśmiechnęłam się. – Także to zauważyłam.

– No nie wiem...– moja koleżanka jednak nie wydawała się przekonana i wyraźnie coś w sobie dusiła.

– No, wykrztuś to wreszcie! – zachęciłam ją, nie spodziewając się niczego złego. A wtedy ona zastrzeliła mnie informacją, od której zwyczajnie oniemiałam.

– Bo ja gdzieś niedawno czytałam, tylko proszę nie obraź się na mnie, że taki odblask w oku u dziecka może świadczyć o tym, że... jest chore. Może lepiej to sprawdzić...

– Jezu, czyś ty zwariowała? – byłam gotowa się na nią rzucić z pazurami za takie rewelacje. Powstrzymało mnie jednak to, że była wyraźnie przestraszona.

– Tak... pewnie tak. Masz rację. Zapomnij o tym, co powiedziałam, to było głupie... – wymamrotała dopijając kawę i żegnając się pospiesznie.

Musiałam to sprawdzić

Łatwo jej było powiedzieć: zapomnij! Po tym, jak mnie tak zdenerwowała? Przez cały wieczór biłam się z myślami, chodząc coraz bardziej podminowana, aż w końcu stwierdziłam, że zwyczajnie muszę tę informację sprawdzić w internecie. „Przynajmniej się wtedy uspokoję” – myślałam.

Jednak stało się dokładnie odwrotnie! Kiedy zaczęłam czytać na różnych portalach i forach internetowych to nie dość, że się poryczałam, to jeszcze stwierdziłam, że moje dziecko może być chore...  Gdy bowiem przejrzałam uważnie zdjęcia mojego Michałka, zauważyłam, że ten blask, który brałam dotychczas za odbicie światła, pojawił się w jego oczku zaledwie dwa miesiące temu. Wcześniej go tam nie było...

Nie mam pojęcia, jak przetrwałam tę noc. W dodatku byłam sama, bo mąż pracował na nocną zmianę. Ale kiedy tylko Antek stanął w drzwiach, rzuciłam się do niego z płaczem.

– Nasz Michaś jest chory! – ryczałam.

– Uspokój się, kochanie i wszystko mi opowiedz – Antek zachował zimną krew.

Kiedy usłyszał, jak przeraziły mnie przypuszczenia Elwiry, przede wszystkim zadecydował o natychmiastowej wizycie u okulisty.

– Niestety, wszystkie państwa obawy muszę potwierdzić, chociaż oczywiście konieczne jest bardziej specjalistyczne badanie, aby określić rodzaj i wielkość zmian – powiedziała lekarka, która wykonała Michasiowi badanie dna oka w pełnym znieczuleniu. – Ale oprócz tej złej wieści mam także i dobrą. W 95% wszystko uda się wyleczyć.

– Czy... czy mój synek straci to chore oczko?– zapytałam drżącym głosem.

Lekarka rozłożyła ręce.

– Na tym etapie nie jestem w stanie tego przewidzieć – powiedziała.

„Muszę zrobić wszystko, aby do tego nie doszło!” – przysięgłam sobie.

Walczyliśmy o jego zdrowie

Czekało nas jeszcze wiele badań. Synek zniósł to wszystko bardzo dzielnie, chyba dzielniej ode mnie. Teraz czułam wielką wdzięczność dla Elwiry, która zwróciła mi uwagę na ten refleks w oku synka.

– Nie wiem naprawdę, jak mam ci dziękować – pojechałam do niej z bukietem kwiatów i drobnym prezentem.

– Daj spokój, nie powinnaś była... – spojrzała na prezent. – Przecież teraz pieniądze będę wam bardzo potrzebne na leczenie.

– Gdyby nie ty, pewne nie byłoby żadnego leczenia. Nie wiem, jak mogłam być tak ślepa – rozkleiłam się.

– Nie powinnaś siebie o to obwiniać  – przytuliła mnie. – Zresztą...

Popatrzyła na mnie poważnie, jakby nagle podjęła jakąś decyzję.

– ... powiem ci szczerze: ja także tego nie zauważyłam. To nie mnie zawdzięczasz rozpoznanie choroby, tylko... Agnieszce! 

To imię wyrzuciła z siebie po krótkim wahaniu, a widząc moje bezgraniczne zdumienie, dodała już całkiem bez ogródek:

– Słuchaj, ja tam nie wiem, co się między wami wydarzyło i nie chcę o tym gadać ani tego oceniać. Ale faktem jest, że od kiedy zerwałaś kontakty ze swoją siostrą, a potem jeszcze zablokowałaś jej wejście na swój profil, to... wchodziła na niego przez moje konto.

Nie chciałam, by cokolwiek o mnie wiedziała

Jak to? Nie mieściło mi się to w głowie! Przecież nie po to zablokowałam siostrze dostęp i przestałam się do niej odzywać, aby dowiadywała się nowinek o mnie i mojej rodzinie, wykorzystując do tego moich przyjaciół! A może raczej... swoich przyjaciół? Spojrzałam na Elwirę podejrzliwie. No tak, jakże mogłam o tym zapomnieć, że wprawdzie poznałyśmy się w mojej pracy, ale one z Agnieszką chodziły do tej samej szkoły, chociaż do różnych klas...

Już chciałam coś Elwirze powiedzieć ostrego, kiedy się opanowałam. „Matko, wariuję!” – pomyślałam. – Przecież... one obie uratowały mi dziecko! Agnieszka, bo przeglądała zdjęcia swojego siostrzeńca, którego przecież jeszcze nawet nie poznała, a Elwira, bo miała odwagę przyjść do mnie i ostrzec przed tą straszliwą chorobą, ale jeszcze w dodatku szczerze się przyznała do tego, co zrobiła”.

– Nadal jestem ci bardzo wdzięczna. A teraz, może nawet bardziej, bo to, co zrobiłaś, wymagało od ciebie wielkiej odwagi – przyznałam i Elwira wyraźnie odetchnęła z ulgą.

– A ten wisiorek? – zapytała. – Nie powinien być dla Agnieszki?

– Nie, to jest dla ciebie. A w tej sytuacji dla siostry też coś przygotuję... – odparłam.

Wróciłam do domu zupełnie skołowana. Musiałam na nowo poukładać sobie w głowie wiele spraw. Faktem jest, że prawie dwa lata temu wyrzuciłam Agnieszkę ze swojego życia i serca. Byłam pewna, że na dobre... Dlaczego? Długo by można o tym opowiadać. Zawsze uważałam, że moja siostra była egoistką, bo w swoim postępowaniu nie brała pod uwagę bliskich. I kiedy dowiedziałam się, że wyjeżdża do pracy do Anglii akurat w momencie, kiedy nasi rodzice zdecydowali się na rozwód, wściekłam się.

– Powinnaś tutaj zostać! Rozmawiać z nimi, negocjować, odwieść ich od tego chorego pomysłu! – krzyczałam.

– Ale zaraz, niby dlaczego? Są dorośli i jeśli chcą się rozejść, powinni to zrobić – zaprotestowała. – Ja nie będę wtrącała się w ich życie, bo też i nie chcę, aby oni wtrącali się do mojego. No i mam prawo robić to, co uważam za słuszne i daje mi szansę na przyszłość, czyli wyjechać.

I pojechała. Miałam jej to za złe, że wypięła się całkiem na rodzinę i zostawiła mnie z tym galimatiasem i moimi obawami. „Olałaś mnie, to ja oleję ciebie!” – stwierdziłam, wykasowując jej numer ze swojej komórki. Od tamtej pory nie odzywałam się do siostry ani słowem i ani razu się z nią nie spotkałam. W tym czasie nasi rodzice jednak się pogodzili, bo doszli do wniosku, że nie ma co robić sobie rewolucji w życiu na stare lata i, skoro wytrzymali ze sobą trzy dziesięciolecia, to wytrzymają kolejne.

Musiałam jej wybaczyć

Pewnie więc wszystko by w naszej rodzinie wróciło do normy, gdyby nie to, że ja nie chciałam utrzymywać kontaktów z Agnieszką. Widziałam, że mamę i tatę to bardzo martwi, ale... postanowili się nie wtrącać w moje życie, licząc na to, że wszystko jakoś się jednak ułoży.

– Przecież jesteście siostrami – ten argument dodawał mamie nadziei, że kiedyś na nowo zbliżymy się do siebie.

Usiadłam więc teraz w domu na kanapie i zamyśliłam się. Musiałam sobie wszystko na nowo poukładać w głowie, a przede wszystkim zmierzyć się ze swoimi uprzedzeniami. Zbudowałam sobie bowiem jakiś psychiczny mur oddzielający mnie od siostry i teraz musiałam go zburzyć, aby zadzwonić do Agnieszki i jej szczerze podziękować. Nie musiałam wcale szukać do niej numeru, bo i co z tego, że go wykasowałam ze swojej komórki, skoro i tak znałam go na pamięć...

Kiedy Agnieszka odebrała telefon, a ja zaczęłam do niej mówić, nagle... głos mi się załamał i popłakałam się. Za moment płakałyśmy już obie.

– Głupio to rozegrałyśmy przed dwoma laty, ale cieszę się, że zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać. Mam nadzieję, że szybko nadrobimy stracony czas, a teraz mi powiedz, co z twoim synkiem – powiedziała Agnieszka.

Staram się być dobrej myśli

Chociaż mam świadomość tych faktów, zawsze jednak powtarzam sobie, że mimo tych wszystkich złych wieści przeważają przecież te dobre, optymistyczne. A ja muszę na co dzień być silna i pogodna, bo mój synek wszystko czuje, każde moje wahanie nastroju. Mój strach i moje cierpienie. I przez to się denerwuje, a nie powinien.

Oczywiście, czasami nie daję jednak rady i uronię łzę. Przecież gdy kiedyś myślałam o macierzyństwie, to wyobrażałam sobie, jaki to będzie radosny czas – te spacery, raczkowanie i pierwsze kroczki. Największym problemem wydawało mi się ząbkowanie lub kolki. A teraz czar prysł. Nic nie jest tak, jak być powinno.

Michałek jest zadziwiająco pogodnym dzieckiem. Kiedy podskakuje na swojej pupci albo rytmiczne wymachuje nóżką, patrzę na niego z podziwem i miłością  i to dodaje mi siły na kolejny dzień walki z chorobą. Przez wszystkie te długie miesiące leczenia Michasia wspierała mnie cała rodzina, w tym oczywiście także Agnieszka.

Podczas tamtej wizyty miałyśmy sobie wiele do powiedzenia. Musiałam przyznać, że bardzo się co do mojej starszej siostry pomyliłam. Odbyłam bowiem poważną rozmowę z mamą, która wyjawiła mi, że w czasie kryzysu swojego związku z tatą wcale nie pojechała do sanatorium, aby przemyśleć sobie swoje sprawy i odpocząć, ale w tajemnicy przed nami wybrała się do Londynu. Do Agnieszki.

– Rozmowy z Agnieszką bardzo mi pomogły – przyznała mama. – Zrozumiałam w końcu, że tak naprawdę muszę być w życiu zdrową egoistką. A mój egoizm w przypadku małżeństwa powinien opierać się na tym, że łatwiej mi będzie naprawić związek, który już dobrze znam, niż budować w tym wieku nowy na zgliszczach starego.

Jednym słowem wtedy, kiedy ja byłam obrażona na moją siostrę z tego powodu, że zostawiła mnie samą z problemem rozwodu rodziców, ona tak naprawdę w tej Anglii go rozwiązała i uratowała ich związek. Okazała się więc opiekuńczym aniołem nie tylko dla mojego synka, ale dla całej naszej rodziny.